wtorek, 10 stycznia 2012

Nowy adres

Postanowiliśmy jednak przenieść się pod nowy adres, wszystkie posty stąd zostaną przeniesione na nowe miejsce, znajdziecie nas pod:

http://www.astralvoyages.wordpress.com/


zapraszamy :)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Legendary Tales



Witajcie, długo zastanawiałem się od czego zacząć, co dać na pierwszy ogień jako swego rodzaju zapoznanie się ze mną jako z recenzentem. Na muzyce nie znam się tak bardzo jak muzycy jednak wiem, że odgrywa wielką rolę w moim życiu, zresztą tak jak w życiach wielu ludzi na tym globie.

Miałem zacząć od czegoś mocnego, kontrowersyjnego i nie chcianego przez ogół społeczeństwa, na szczęści mi przeszło i wybrałem debiutancką płytę Legendary Tales wspaniałego zespołu Rhapsody (dzisiaj już Rhapsody of Fire), jest to ich pierwszy album studyjny, wydany w 1997 roku, który zapoczątkował epicką sagę oraz przygodę "wojownika lodu". Pierwszy raz usłyszałem cały album bodajże na przełomie 2004/2005 roku, wcześniej słyszałem Symphony of Enchanted Lands ale o tym innym razem.

Wybrałem ten album ponieważ miał on na mnie wielki wpływ w sumie nic później na mnie tak nie podziałało, jakoś rok wcześniej zacząłem interesować się fantastyką oraz grami fabularnymi jeszcze w owych dniach jako dziecko nie miałem o tym zbyt wielkiego pojęcia... Ale na samą myśl o sesji RPG, smokach, bohaterach coś w żołądku mi się skręcało a ślina sama ciekła, czułem się wspaniale, nic więcej się dla mnie nie liczyło, dawało mi to prawdziwą wolność, wiedziałem, że to jest właśnie to!

Słuchając pierwszy raz tego albumu wiedziałem mniej więcej o co chodzi, czułem wielką radość, euforie i jeszcze więcej, zawsze znajdę czas żeby posłuchać Rhapsody utkwili w moim sercu tak głęboko, że zawszę będę wracał do tego zespołu.

Cały album zaczyna się od chóralnego utworu "Ira Tenax", który jest w całości po łacinie przeważają tu klawisze a całość robi niesamowite wrażenie tworząc niepowtarzalne intro, przechodzi ono w "Warrior of Ice", utwór mocniejszy a przy końcówce ociekający epickością, zaczynający sagę o tytułowym wojowniku lodu i szmaragdowym mieczu, jeden z moich ulubionych utworów, kontrabasy, chóry, klawisze, epickie solówki, oraz cała reszta oprawy muzycznej i lirycznej tworzy niesamowity klimat, klimat magicznej krainy klimat,który trwać będzie nie tylko na tej płycie. Następny kawałek to "Rage of the Winter" drugi najdłuższy kawałek na tym CD, rozpoczyna się od powiewu zimowego wiatru wędrującego po zamarzniętych północnych krainach (a przynajmniej w chwili gdy go słychać właśnie to widzę) piosenkę to słyszałem w dwóch wersjach oryginalnej i bardziej symfonicznej nie mam zamiaru ukrywać, iż bardziej symfoniczna jest piękniejsza i sprawia, że człek odpływa lecz oryginał, który właśnie leci w moich głośnikach jest wspaniały, perkusja i klawisze rozpoczynające piosenkę wprowadzają słuchacza jeszcze głębiej w krainę a późniejsze partie gitarowe oraz śpiew Fabi'a pogłębia klimat. Czwarty utwór to "Forest of Unicorns", za każdym razem gdy go słyszę nie mogę się powstrzymać przed uśmiechem jest tak przyjemny, spokojny i relaksacyjny. Moim zdaniem muzycznie oddaje w 100% klimat zawarty w tytule piosenki. Następny jest już szybki i dynamiczny kawałek "Flames of Revenge" z bardzo smutnym i zarazem podniosłym tekstem w połowie utworu po ostrym metalowym graniu odzywa się dynamicznie i z wielką siłą chór szybko milkną na rzecz Fabia śpiewającego cicho i smutnie tylko po to by ponownie odezwał się chór tworząc niesamowity efekt później troszkę wolnego grania i ponownie wraca cięższe power-metalowe brzmienie, następna piosenka nie przypomina w ogóle swojego poprzednika "Virgin Skies" jest krótkim (1:20) instrumentalnym przerywnikiem, bardzo przyjemnym dal ucha z resztą. "Land of Immortals" siódma z kolei piosenka, jedna z bardziej znanych i lubianych wcale się nie dziwie bo sam ja uwielbiam, tekst mówiący o tym z czym będzie musiał się zmierzyć wojownik lodu do tego refren, który składa hołd uwielbienia krainą, do tego typowa power-metalowa muzyka momentami cięższa a chwilami lekka, całość komponuje się w bardzo przyjemny, dopracowany utwór po nim wchodzi "Echoes of Tragedy" jeden z najpoważniejszych, przygnębiających a zarazem rozpalających serce otworów w historii Rhaposdy do tego chóry wszystko tworzy niesamowitą całość, tekst opowiada o krzywdzie i przysiędze zemsty. Przed ostatnim utworem jest "Lord of the Thunder" kolejny mocny utwór z pięknymi melodyjnymi wstawkami na gitarach i klawiszach, pomimo to w moich oczach wypada najsłabiej na płycie ale i tak jest świetnym kawałkiem zakończonym grzmotem, który moim zdaniem jest tam bardzo dobrze umieszczony bowiem po nim wchodzi delikatnie "Legendary Tales" na klawiszach i flecie po kilku sekundach chwilkę to trwa i wchodzi Fabio z podniosłą, można by rzec dodatkowo smutną tonacją, tekst wprowadza nas w ostatni utwór ostatnią opowieść na tej płycie, utwór trwa ponad 7 minut, gdy wsłuchamy się w tekst utworu który jest chwilami mocny ale w większości spokojny i podniosły, chcemy więcej, więcej opowieści więcej Rhapsody!

Szczerze na zakończenie powiem, że po tym jak udało mi się załatwić pierwsze trzy albumy Rhapsody przez 4 lata prowadziłem każdą sesję Dungeons and Dragons przy tych płytach, nigdy mi się nie znudziły i nigdy się nie znudzą... Tematyka ta jest za bliska mojemu sercu.

Legendary Tales dla mnie zasługuje na ocenę 9/10... zmieniła moje życie, początek sagi nigdy mi się nie znudzi i zawsze przy nim będę się uśmiechał jak ten mały chłopiec z przed wielu lat...

Demanufacture



Fear Factory są zespołem fenomenalnym.
Niegdyś, w 1995 roku, wydali swoją chyba najbardziej popularną i najlepszą płytkę pt. "Demanufacture", która stała się obiektem kultu w pewnych kręgach. Album spośród groma innych wyróżniał się niezwykle dopracowanym brzmieniem, będącym połączeniem bardzo ciężkiego metalu z elementami elektronicznymi. Na pewno największym bohaterem tego materiału pozostaje perkman Raymon Herrera, którego gra na perkusji inspirowała i inspiruje do dziś tysiące młodych bębniarzy. Była to gra niezwykle precyzyjna; uzyskał on efekt odhumanizowanego i maszynowego brzmienia, które pozwalało lepiej zrozumieć koncept całej płyty.
Jest to bowiem tak zwany koncept album, którego wszystkie utwory opowiadają poszczególne części jednej większej historii, która jest bardzo podobna do tej z filmu "Terminator", gdzie ludzkość musi walczyć z dominującą rasą samoświadomych maszyn. Ja osobiście bardzo lubię takie klimaty, więc radość ze słuchania Demanufacture jest jeszcze większa. Nie mógłbym także zapomnieć o genialnych gitarowych riffach stworzonych przez wirtuoza takiego stylu- Dino Cazaresa. Jego granie jest bardzo proste, aczkolwiek otrzymuje on odpowiedni efekt, bo doskonale współgra z perkusistą. Czas na pana Burtona. Jego wokale przechodzą z ostrego growlingu w łagodne śpiewanie. Niektórych ludzi niemiłosiernie denerwują te jego "zaśpiewy", no cóż, taką barwę głosu można albo polubić, albo znienawidzić.
Wszystkie utwory na "Demanufacture" powalają swą energią i prostotą. Każdy jest na swój sposób inny, nie ma powielania i bezczelnego kopiowania tych samych schematów. Moje ulubione wałki to "Zero Signal", "Body Hammer" czy "Pisschrist" po prostu powalają i robią sieczkę z mózgu. Trzeba to usłyszeć, suche słowa nie oddadzą jakości tej produkcji.
Od wydania albumu minęło już 16 lat, ale w ogóle się on nie zestarzał. Brzmienie pozostaje równie świeże, czyste i energiczne jak po premierze tego cuda. Wydano wprawdzie remaster, ale większych różnic nie zauważyłem, oprócz dodania jako bonus remixów w wersjach techno nic się nie zmieniło.


"Demanufacture" to absolutny must-have i opus magnum industrial metalu.


Moja obiektywno-subiektywna ocena:


10/10

Views/Octopus



Nosaj Thing to naprawdę dziwny dla mnie przypadek. Z jednej strony masa zachwytów a z drugiej moje niewiadomocootymmyśleć. Pan Jason Chung nie należy do najbardziej płodnych artystów (tylko epka i jeden pełny album w ciągu 5 lat), ale nie o ilość tu chodzi a o jakość. A jak tam z tą jakością na epce Views/Octopus jest? Hmm szczerze powiem że mam trudności z oceną tej muzyki, a to już można wziąć na plus. Na pewno zaletą Views/Octopus jest różnorodność tych piętnastu minut muzyki. Ale jak jest z samą muzyką? Odczucia mam mieszane, niby słucha się tego fajnie, widać różne pomysły, z drugiej jednak strony wszystko to brzmi jakby było oderwane od siebie, jakby artysta poszukiwał swojego "muzycznego ja". Ale jako iż jest to debiutancka epka to wybaczamy. Więc niektórych kawałków słucha się całkiem przyjemnie (Heart Entire, Aquarium czy od biedy Phase II) a niektórych nieco mniej (3rd Complex oraz DISTRO). Jednak po przesłuchaniu całości stwierdzam "bez opsrania" po czym...włączam ponownie i znów, tak do dwóch-trzech razy aż włączam coś całkiem innego. Później mam spokój z tym albumem na parę dni, tygodni a nawet miesięcy po czym sytuacja się powtarza. Na pewno jest coś intrygującego w tym, czuć potencjał i pomysły które dopiero się klarują. Sam nie wiem czemu ponownie słucham tej epki skoro mnie ona nie porywa, coś w tym jednak musi być, dlatego sprawdźcie sami, to tylko niecałe 15 minut.

Pełny album (możliwe) pewnie niebawem, jak się z nim lepiej osłucham bo jak wyszedł to ledwo dosłuchałem do końca, zobaczymy jak teraz ;)

sobota, 7 stycznia 2012

Immersion



Całe dwa lata minęły od premiery In Silico. Muzycy Pendulum chyba wzięli sobie do serca ostrą krytykę która dosłownie zasypała zespół po wydaniu drugiego albumu. Immersion bowiem, przynosi kolejne niespodzianki.

Pierwsze minuty to ewidentnie zwrot ku Hold Your Colour, podniosłe intro przechodzące w drum 'n' bassowy killer nastrajają całkiem przyzwoicie. Nawet Watercolour brzmi całkiem przyjemnie, dużo w nim d'n'b pełnego wpadających w ucho melodii. Zwrot o 180 stopni następuje wraz z Set Me On Fire, który z d'n'b niewiele ma wspólnego, podobnie jak z muzyką jaką zespól prezentował na In Silico, jednakże, jest to jeden z lepszych utworów jakie możemy znaleźć na płycie. W ogóle na Immersion Pendulum serwuje nam niejako mix swoich dwóch poprzednich krążków. Mamy tu zarówno utwory którym bliżej do debiutu (wspomniane Salt In The Wounds, Watercolour, od biedy The Fountain) jak i drugiego krążka grupy (Crush, Under The Waves, The Vulture i Witchcraft). Jest też trzecia grupa, będąca krokiem naprzód, a przynajmniej wyróżniająca się wśród wyżej wspomnianych. Na pewno na uwagę zasługuje Immunize, w którym można usłyszeć echa The Prodigy (ale to zapewne zasługa Liama Howletta) czy Self VS Self z gościnnym udziałem...In Flames. W sumie więcej tu muzyki Szwedów niż Australijczyków.

Jaki jest więc trzeci album Pendulum? Hmm, na pewno dziwny, z jednej strony daje nadzieję że w przyszłości zespół nagra jeszcze coś godnego uwagi i że szansa na d'n'b nie jest stracona. Z drugiej, przeważająca większość utworów In Silicowych daje raczej do zrozumienia że to jest główne oblicze zespołu, a szkoda. Chociaż tutaj to drugie oblicze brzmi już nieco lepiej. Kto wie co z tego wyniknie, jednak tak czy owak jak wydadzą kolejny album to z czystej ciekawości posłucham, przekonam się w jakim kierunku zmierza ten band.

In Silico



Nie wiem, naprawdę nie wiem co się stało z tym zespołem. Przecież Hold Your Colour to był taki fajny i miły dla ucha d'n'b kąsek, a tu takie coś.

Jeśli włączacie In Silico po raz pierwszy i spodziewacie się ciągu dalszego debiutu to przygotujcie się na szok. Pednulum AD 2005 a AD 2008 to dwa zupełnie różne zespoły, które nijak się mają do siebie. Słuchając drugiego albumu odnoszę wrażenie że zespół postanowił zostać nowoczesnym zespołem rockowym grającym muzykę elektroniczną (lol). Nie dziwię się że wielu ludziom się to nie spodobało, mnie również nie satysfakcjonuje obecna forma zespołu. Ten album jest po prostu nijaki, słuchając go po prostu sobie leci, ani ziębi ani grzeje, od bezbarwna i bezsmakowa papka w której ciężko wybrać coś ewidentnie chujowego i coś co przykuwa uwagę, chociaż trochę choć na chwilę. No może Midnight Rider (ale to tak pierwsze trzy minuty) i od biedy The Other Side czy Granite mogą być niczym te kawałki owoców w nijakim jogurcie, ewentualnie końcówka The Tempest trochę kojarzy się z debiutem, sam nie wiem czemu, ale to jak ostatnie spojrzenie w przeszłość, poza spalony most na brzeg na który już i tak się nigdy nie powróci. Pozostałe utwory jak już wspominałem, jakoś sobie przelatują jeden po drugim i nic konkretnego w głowie nie zostaje, owszem jest parę całkiem niczego sobie melodii czy dźwięków, no ale kto dla tych paru momentów będzie słuchał całej płyty? No chyba że ktoś ma ewidentnie kryzys i nie ma czego słuchać, to od biedy In Silico może być. Sam tego słucham raz na ruski rok, ostatnio właśnie na potrzeby tego tekstu, kiedy będzie następny raz? Nie wiem, zapewne nieprędko.

czwartek, 5 stycznia 2012

Hold Your Colour



Dziś będzie o początkach mojej przygody (raczej krótkiej niż dłuższej) z muzyką drum 'n' bass, zapewne jak wielu, zacząłem od Hold Your Colour niejakiego Pendulum które na następnych albumach powinno się zwać Pierdulum, ale mniejsza z tym.

Hold Your Colour to 74 (dużo) minuty pełne d'n'b, dość zróżnicowanego trzeba powiedzieć, nie wiem czy to wynika z dużej ilości pomysłów, czy z poszukiwań. W każdym bądź razie każdy lubujący się w tych dźwiękach znajdzie coś dla siebie. Z jednej strony mamy totalne niszczyciele w postaci Through The Loop (jeden z lepszych wałków na płycie), The Terminal czy od biedy Another Planet a z drugiej (liczniejszej) strony liquid funkowe brzmienia (Girl In The Fire czy Plasticworld). Jednak najjaśniejszymi punktami tej płyty są bez wątpienia (już kultowy) Slam (poprzedzony wspaniałym preludium) który doskonale obrazuje jaką muzyka jest drum 'n' bass - pełną energii i nie biorąca jeńców, oraz pełna gości Tarantula która daje niesamowitego kopa energii. Na uwagę zasługują jeszcze wspomniany powyżej Through The Loop czy pełne melodii Hold Your Colour oraz Still Grey. W ogóle melodie są mocna stroną tego albumu, wiele z nich wbija się w głowę i nie pozwala się wyrzucić. Szkoda tylko że dopiero na reedycji ukazał się genialny Blood Sugar (drugiego niestety nie znam) zastępując wspomniane Still Grey i Another Planet.

Hold Your Colour to album dobry na zapoznanie się z d'n'b, zawiera przegląd tego co można w tym gatunku znaleźć, wystarczy przesłuchać parę razy, stwierdzić o to mi się podoba bardziej i już można ruszyć na poszukiwania ;) Szkoda tylko że teraz ten zespół chyba sam nie wie czego chce, ale o tym niebawem.

środa, 4 stycznia 2012

To The Nameless Dead



Dużo czasu minęło odkąd słuchałem ostatni raz tego albumu, gust muzyczny też się zmienił w znacznym stopniu od tamtych dni. Jednak powracając (po latach nawet, paru bo paru ale latach) do tego albumu mogę śmiało stwierdzić - ten album nie zestarzał się ani nie stracił nic w moim prywatnym rankingu. Jest zajebisty tak samo jak wtedy gdy włączyłem go pierwszy raz, a może i lepszy.

Ale do rzeczy, Primordial to band pochodzący z Irlandii, szukając tu i ówdzie możemy natknąć się na tagi takie jak black (to chyba początkowy okres) celtic, folk metal, (to dla tych którzy uparcie szufladkują muzykę). Dla mnie to kawał zajebistego, patetycznego i porywającego metalu. Ale nie patetycznego jak Manowar pełen smoków, rycerzy i wojowników stali, nieee, to patos i potęga pokroju Braveheart, pełen dumy, ochoty do walki i w pieprzonych stu procentach poważny. Słuchając tego albumu nierzadko czuję się jak na wojnie, ośmiominutowy Empire Falls sprawia że mam ochotę łapać widły, kose postawioną na sztorc czy pochodnie i grabić, gwałcić i mordować, o tak, to dobry numer na bunt ;) A im dalej w las tym lepiej, przepiękny, pełen smutku i żalu za straconymi towarzyszami broni Gallows Hymn czy As Rome Burns, podczas którego mam przed oczami bitwę, bitwę która kończy się spaleniem Rzymu a w międzyczasie można doznać smagania biczem po plecach niewolników. Wspomnę jeszcze tylko o Traitors Gate - potężnej armii - na czele której stoimy - napierającej na wroga. Istna wojna, krew i pożoga i ziemia obracająca się w popiół. 

To The Nameless Dead to zajebisty soundtrack do potężnych starć, które niekoniecznie muszą się zakończyć naszym zwycięstwem, ale umieramy za ojczyznę, za ziemie naszych przodków, ze śpiewem albo okrzykiem na ustach, z krwią przeciwników na naszym ciele. Kurwa, mogę śmiało stwierdzić że to jeden z najlepszych metalowych albumów jakie słyszałem. Jeśli jeszcze tego nie słuchałeś to nadrabiaj, bo naprawdę kurewsko warto a tymczasem ja idę wymalować barwy wojenne na twarzy i ruszyć w bój. Every empire will fall!

wtorek, 3 stycznia 2012

The Call Of The Cthulhu




Witaj wędrowcze, witaj w Innsmouth. Chciałbym Ci powiedzieć, że miło Cię tutaj gościć i chciałbym Ci życzyć mile spędzonego czasu w naszym portowym miasteczku. Niestety nie dane będzie zaznać Ci spokoju, snując się leniwie będziesz czuł lekki niepokój, jakiś nieznany strach, cały czas będziesz odnosił wrażenie że ktoś patrzy na Ciebie z tyłu, a gdy się odwrócisz - nie zobaczysz nikogo. Mimo wszystko na początku będziesz kroczył pewnie ulicami tego miasta, jednak co jakiś czas nieznane uczucie zawładnie Twoim ciałem i w kilka chwil staniesz na granicy obłędu by za chwilę znów wrócić do normalnego stanu. Od tego momentu nic nie będzie takie same, będziesz coś wyczuwał, w powietrzu, w otaczających Cię budynkach, nie będziesz w stanie tego nazwać, jednak będziesz czuł to COŚ. Nie bój się, dane Ci będzie tylko kilka razy doznać tego uczucia, nie masz się czego bać, bowiem to nie jest nic strasznego. Nic, w porównaniu z tym co czeka Cię na końcu wędrówki, już czujesz się gorzej? Nie martw się, niedługo minie to uczucie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, podobnie jak wszystkie inne Twoje lęki gdyż na końcu spotkasz się...z Wielkim Przedwiecznym, w najmniej spodziewanym momencie, gdy będziesz już pewien że najgorsze minęło - najgorsze dopiero się ukaże. Kilka krótkich chwil, w ciągu których doznasz uczuć jakich nigdy nie doznałeś, pojmiesz coś czego nie da się pojąć a Twoje serce ze strachu omal nie wyskoczy z piersi...a później? Później albo zginiesz, albo dołączysz do Ezoterycznego Zakonu Dagona aby Mu służyć...

Pamiętasz pewien domek na wrzosowisku? Miejsce nie wyróżniające się niczym szczególnym, które nagle zaznało daru urodzaju? Chodź, obejrzyj teraz to miejsce, przespaceruj się wśród popiołów, spojrzysz na puste domostwo. Wszystko pozostawione w nieładzie, żaden sprzęt nieruszony od wielu, wielu lat. Przespaceruj się po tych pomieszczeniach, usłysz ból i krzyk za każdym krokiem gdy stąpasz w tym miejscu, obejrzyj miejsce gdzie kiedyś był sad pełen urodzajnych drzew owocowych. Poczuj ten niepokój, dziwne uczucie, którego nie umiesz wyjaśnić, podobnie jak nie jesteś w stanie wyjaśnić wydarzeń, które tutaj miały miejsce. A następnie podejdź do studni, podejdź i spójrz...i poczuj strach jakiego jeszcze nigdy nie poczułeś...

Czy masz odwagę wziąć udział w narkotycznym tańcu bezkształtnych bogów-tancerzy wokół Ślepego Boga Idioty? Wokół najpotężniejszej istoty we wszechświecie? Azathotha? Masz odwagę wsłuchać się w opętańcze bębny wygrywane przez jednego z jego sługów i w melodię jego opętańczego fletu, którego melodią jest zdolny do tworzenia i niszczenia wszystkich tworów? Spróbuj, zatrać się w tym tańcu na wieki i zbliżaj się do szaleństwa z każdym krokiem...

Skoro wytrwałeś aż tyle, to teraz przychodzi pora na wielki finał i przełom w historii ludzkości. Będziesz świadkiem czegoś niewyobrażalnego, zobaczysz na własne oczy rytuał przyzywania Wielkiego Przedwiecznego, to będą Twoje najstraszniejsze chwile. Zatracisz się w tym rytuale a na końcu spotkasz się z Wielkim Przedwiecznym Cthulhu..., a później?

Ostatnie chwile jakie zapamiętasz to obraz niszczonego świata, zagłada takiego jakiego go znamy, nie potrwa to długo, a później nastanie nowy porządek i nowe panowanie. Panowanie Cthulhu. Cthulhu Fhtagn!